Historia 82 Dywizji Powietrznodesantowej

Historia 82 Dywizji Powietrznodesantowej

82 dywizja piechoty została powołana 25 sierpnia 1917 w Camp Gordon, w Georgii. Była to pierwsza jednostka Armii Amerykańskiej formowana z rekrutów ze wszystkich stanów, wcześniejsze jednostki zachowywały zasadę naboru z jednego stanu. Ze względu na to właśnie uzyskała swój przydomek "All Americans". Dywizja ta brała udział w kilku kampaniach I wojny światowej /1914-1918/, a po wojnie, jak wiele innych dywizji, została zdemobilizowana.

"Przywrócono ją do życia" w lipcu 1942 roku w Camp Claiborne w Luizjanie /notabene dosyć ciekawy obóz, przez który przewinęła się masa jednostek i w którym ciągle sporo się działo/. Gdy pod koniec lipca szkielet 82 dywizji piechoty został skompletowany zaczęto przekształcać ją w dywizję zmechanizowaną. Jednak tuż po tym pojawiły się pogłoski, że dywizja ma zostać podzielona i użyta do sformowania dwóch dywizji powietrznodesantowych. Nowina była tak szokująca, że w pierwszym odruchu ponad 4000 żołnierzy dywizji samowolnie oddaliło się z jednostki. W ciągu kilku dni wszyscy jednak powrócili i Ci, którzy poprosili o przeniesienie, uzyskali na to zgodę. W dniu 15 sierpnia 1942 roku jednostka została przemianowana na 82 Dywizję Powietrznodesantową /tego samego dnia sformowano też 101 DPD/. O tym do której z dwóch dywizji mają wejść poszczególne pułki i dywizjony artylerii polowej przekształcające się w szybowcowe decydowano dosłownie rzuceniem monety. We wrześniu 82 AD została przesunięta do Fortu Bragg gdzie prowadzono dalszą reorganizację i kontynuowano wstępne szkolenie, między innymi część żołnierzy wysłano do Szkoły Spadochronowej. Jednocześnie wcielono do dywizji już istniejące pułki spadochronowe: - 505 PIR wcielony w lutym 1943, sformowany w Fort Benning 6 lipca 1942 roku - 504 PIR wcielony w sierpniu 1943, sformowany w Fort Benning 1 maja 1942 roku - 376 PFAB wcielony w sierpniu 1943, sformowany w Camp Claiborne 25 marca 1942 roku jako 376 Batalion Artylerii Polowej, przemianowany 16 sierpnia na 376 Batalion Spadochronowy Artylerii Polowej, rozpoczęto też szkolenie szybowcowe w 325 i 326 GIR oraz 319 i 320 GFAB.

W końcu kwietnia 1943 roku 82 AD /a właściwie niewielka, w miarę przeszkolona i wyposażona jej część/ przybyła do Maroka Francuskiego rozpoczęły się przygotowania do operacji "Husky" i inwazji na Sycylie.

 

Operacja "Husky" - inwazja na Sycylię.


Jeszcze przed opuszczeniem USA stwierdzono, że na skutek niewłaściwego zarządzania produkcją zabraknie szybowców przewidzianych do tej operacji /ponownie wychodzą braki, o których tak rzadko się mówi/. Z powodu ich braku, szybowcowe pułki piechoty pozostawały niewyszkolone. W lutym 1943 roku, jeszcze w Forcie Bragg, pierwotnie planowany do tej operacji 326th GIR /pułk piechoty szybowcowej/ został zastąpiony przez 505th PIR /pułk spadochronowy piechoty/. Do wykonania zadania przydzielono również spadochronową jednostkę artylerii polowej 456th FAB, oraz kompanię B 327, która z bastionu inżynieryjnego przekształcona została w spadochronową. Ostatecznie pierwszy amerykański plan wielkiej operacji powietrznodesantowej został zredukowany do skali 505th PIR wzmocnionego 3 batalionem 504th PIR, do którego po pierwszym dniu inwazji miały dołączyć kolejne jednostki.


Spadochroniarze przybyli 10 maja 1943 roku statkiem z Nowej Anglii do Casablanki w Maroku Francuskim. Następnie przewieziono ich pociągiem do miejscowości Oujda skąd ciężarówkami do Kairouan w Tunezji. Rozpoczęto ostateczne przygotowania do operacji Husky.

Pozostałych kilka tygodni wypełniło życie obozowe, oraz szkolenie.

Przed amerykańskimi spadochroniarzami postawiono następujące zadania:

- utrzymać kluczowy punk terenowy na południe od Niscemi

- uniemożliwić przerzut sił nieprzyjacielskich z rejonu Caltagiore w rejon plaż

- zlikwidować nieprzyjacielską komunikację

- zablokować nieprzyjacielowi dostęp do lotniska Ponte Olivio

- zlikwidować sieć fortyfikacji złożoną z szesnastu betonowych bunkrów

- zablokować i utrzymać drogę na południe od Nieceni z chwilą nawiązania kontaktu z lądującymi oddziałami I Dywizji Piechoty przyłączyć się i pozostać na czas działań, budując przyczółek dla kolejnych oddziałów dostarczanych drogą powietrzną i morską.


Tunis 9 lipca 1943r.

Pułkownik Gavin, dowódca 505PIR, przekazuje ostatnie instrukcje tuż przed startem.

Wieczorem tego dnia z lotniska w Tunisie wystartowały samoloty i szybowce na pokładach których znaleźli się żołnierze 82 AD i brytyjskiej dywizji powietrzno-desantowej. Dowództwo przewidziało wszystko tylko nie sztorm. Stan morza dochodził do 8º w skali Beauforta, przez co sama podróż stała się dla wielu istnym koszmarem. Szczególnie tragiczny los spotkał brytyjskie szybowce, z których kilkadziesiąt zerwało się z holu i utonęło. Wielu spadochroniarzy lądując przy wietrze wiejącym z prędkością 40-50 km/h doznało ciężkich obrażeń lub zginęło. Pomimo znacznego rozrzutu sił zadanie wykonano i 10 lipca spadochroniarze 505 PIR połączyli się z żołnierzami 1 Dywizji Piechoty. Jak można się domyślać był to dopiero początek uciążliwych i krwawych walk w tym rejonie.

 

Okolice miasta Gela, szczątki niemieckiego samolotu w rejonie działania 82 AD.

Nieustannie atakujące, wspierane ciężkimi nalotami; niemiecka dywizja "Hermann Göring" i włoska "Livorno" starały się zepchnąć desant do morza korzystając z faktu, że czołgi generała Bradleya pozostają w zatorze na plażach i nie mogą wejść do walki. 11 lipca, w wyniku gwałtownego ataku kilka niemieckich czołgów wdarło się do Geli, a dwa bataliony pancerne niebezpiecznie zbliżyły się do plaż, grożąc bezpośrednim atakiem na przegrupowujące się tam siły desantu. Dopiero ogień artylerii okrętowej i skuteczne wypady improwizowanych grup spadochroniarzy i żołnierzy 45 dywizji piechoty powstrzymały natarcie sił niemiecko-włoskich. Do końca tego dnia Amerykanie utrzymali swoje pozycje kosztem ponad 2300 zabitych, był to najkrwawszy dzień sycylijskiej operacji.



By wzmocnić swoje osłabione siły w tym rejonie gen. Patton rozkazał przerzucić w rejon Geli ponad 2000 spadochroniarzy z 504 PIR /3 batalion 504 PIR walczył od 9 lipca jako wsparcie 505 PIR/ do tej chwili czekających na rozkaz w Tunezji. Gdy wieczorem samoloty ze spadochroniarzami na pokładzie zbliżyły się do wyspy, przemęczona ciągłymi nalotami, w wyniku pomyłki, amerykańska obrona przeciwlotnicza otworzyła ogień zestrzeliwując 33 samoloty a uszkadzając 37 z łącznej liczby 144, które brały udział w akcji. W ciągu kilkudziesięciu minut 504 PIR poniósł ponad 40% strat w wyniku /friendly fire/. Późniejsze śledztwo wykazało, że pomimo starań dowództwa, nie wszystkie jednostki naziemne zostały poinformowane o planowanym zrzucie.

W ogólnym ujęciu wojska powietrznodesantowe niewiele przyczyniły się do sukcesu inwazji, zaś straty poniesione okazały się ogromne. Po walkach, jakie 82 AD toczyła na Sycylii jako oddziały naziemne, została w sierpniu 1943 r. przesunięta z powrotem do Afryki Północnej, następnie wróciła na Sycylię skąd wkrótce została zrzucona do natarcia w Salerno we Włoszech.

Operacja "Market Garden" - most w Nijmegen.

Gen. Browning do gen. Horrocksa: "Nigdy nie widziałem bardziej bohaterskiego natarcia"

Zadaniem 82AD podczas tej operacji było oprócz zdobycia mostu w Grave, zdobycie mostów w Nijmegen, oczyszczenie miasta z Niemców i odparcie ich ewentualnych kontrataków na wschodnim odcinku obrony.


Dzięki błyskawicznej akcji feldmarszałka Modela tak wyloty mostów jak i podejścia do nich były silnie bronione. Około pół tysiąca granadierów pancernych pod dowództwem kapitana Karla-Heinza Eulinga rozmieszczonych w stanowiskach położonych w domach zamienionych w bunkry, w niewielkim parku i w wale nadbrzeżnym posiadało dodatkowo wsparcie dział samobieżnych, sprzężonych działek p.lot. tak samobieżnych jak stacjonarnych oraz armat p.panc. Podczas prowadzonych walk okazało się, że zadanie otwarcia drogi do mostów przerasta możliwości niekompletnej i wyposażonej jedynie w lekką broń /szybowce z powodu mgły nie wystartowały/ piechoty spadochronowej. Przybycie /Brytyjskiej/ Dywizji Pancernej Gwardii zmieniło ten stan rzeczy. Pomimo tego zacięte walki przeciągnęły się do nocy - brytyjskie czołgi powinny były się już znaleźć w Arnhem. Tymczasem znajdowały się na południowym brzegu rzeki Waal w Nijmegen a mosty ciągle pozostawały w niemieckich rękach i w każdej chwili mogły zostać wysadzone. Jedyny plan rokujący szansę na przejecie mostów wymyślił gen. J. Gavin. Rozsądnie stwierdził że jeżeli będą szturmować jedynie południowe podejścia, stracą masę czasu a i tak może się to skończyć wysadzeniem mostów dosłownie na ich oczach. Lepsze byłoby równoczesne zaatakowanie obu wylotów mostów, południowych i północnych, co jednak oznaczało konieczność przeprawy spadochroniarzy, konkretnie 504PIR w dole rzeki. Kiedy znaleźliby się na drugim brzegu, zaatakowaliby północne wyloty mostów, a po ich zdobyciu przejechałyby czołgi rozstrzeliwując po drodze obronę na południowych wylotach gdyby jeszcze nie zostały zdobyte. Nieuniknione były ciężkie straty, zwłaszcza w czasie przeprawy łodziami, ale byłyby one niższe, niż gdyby Niemcy wybili pozostawioną w Arnhem bez pomocy 1 Dywizję Powietrzno-Desantową. Podstawowy problem - brak łodzi rozwiązał gen Horrocks, w zapasach jego korpusu znajdowały się trzy ciężarówki wypełnione trzydziestoma dwiema składanymi łodziami desantowymi. Przeprawę wyznaczono na godzinę 13 dnia 20 września. Od samego rana na zachód od mostu trwały przygotowania 504 PIR do przeprawy. 504 PIR brał udział w walkach na Sycylii, pod Palermo i Anzio. W ostatniej bitwie poniósł takie straty że nie wziął udziału w lądowaniu w Normandii, 17 września pułk w modelowej wręcz akcji zdobył most na Mozie nie zważając na ryzyko i godząc się na lądowanie w terenie zabudowanym, jak najbliżej celu. D-ca pułku płk. Tucker zdecydował, że jako pierwszy popłynie 3 batalion majora Juliana Cooka. Cook był przerażony tym, co czekało jego ludzi - najpierw rzeka szerokości ok 400 metrów, płynaca z prędkością 10-ciu węzłów, potem płaski teren rozciągający się od 200 do 800 metrów od brzegu całkowicie pozbawiony osłon. Dalej był nasyp wysokości jakichś 6-ciu metrów po którym biegła droga. Za nasypem rozciągała się luźna zabudowa, a osiemset metrów dalej stał otoczony fosą fort Hof Van Holland. Na wale wzdłuż rzeki, na dachu fortu i w jego sąsiedztwie widać było niemieckie stanowiska. Przed rozpoczęciem przeprawy cały jej rejon mial zostać ostrzelany rakietami przez samoloty myśliwskie Hawker Typhoon, a potem przez kwadrans przez sto amerykańskich i brytyjskich armat. Cook stwierdził, że dla podniesienia morale swoich żołnierzy odegra scenę z wojny o niepodległość i będzie do końca stał na dziobie łodzi jak George Washington podczas przeprawy przez Delaware. Tymczasem po obiecanych łodziach nie było śladu - przeprawę przesunięto na godz. 15.00

Punktualnie o godz. 14.30 nad głowami Amerykanów przemknęła formacja Typhoonów atakując niemieckie pozycje rakietami i ogniem działek. O godz. 14.40 gdy czołgi Pułku Gwardii Irlandzkiej rozwijały się w linie na południowym brzegu rzeki, dotarł wreszcie konwój z łodziami desantowymi. Jedna z ciężarówek została w drodze zniszczona przez niemiecką artylerię, więc zamiast trzydziestu dwóch łodzi do dyspozycji było dwadzieścia sześć. Niewielu spadochroniarzy miało doświadczenie w używaniu niewielkich łodzi, a żaden nie miał do czynienia z takim typem jak te. Z powodu braku czasu brytyjscy saperzy mogli im udzielić jedynie podstawowych informacji. Łodzie mogły zabrać trzynastu żołnierzy z pełnym oporządzeniem oraz trzech saperów stanowiących załogę. Każda powinna być wyposażona w osiem wioseł tymczasem niektóre miały zaledwie po dwa, więc do wiosłowania używano kolb karabinów. O 14.45 gdy je składano, artyleria otworzyła ogień najpierw kładąc zasłonę dymną na przeciwległym brzegu, potem przenosząc ogień na cele w głębi lądu, czołgi nadal ostrzeliwały brzeg pociskami. Punktualnie o 15.00 łodzie zostały zniesione na brzeg i spuszczone na wodę. Niektóre osiadły w mule podczas załadunku i trzeba je było przepchnąć głębiej, lecz żadna się nie wywróciła. Niemcy zdając sobie sprawę, po co postawiono zasłonę dymną strzelali na oślep ze wszystkiego, co mieli od karabinów maszynowych przez działka przeciwlotnicze, moździeże do armat. Wkrótce wiejący tego dnia silny wiatr rozwiał zasłonę dymną i wszyscy wyraźnie zobaczyli grupę łodzi z ciężko pracującymi wioślarzami. Natychmiast woda wokół zakotłowała się od pocisków i wybuchów. Spadochroniarze z ponurą determinacją wiosłowali, czym kto miał, nawet rękoma, byle szybciej przepłynąć tę ścianę ognia. Widok z dachu stacji transformatorowej /skąd patrzyli dowodzący/ na przeprawę był malowniczy acz wstrząsający - tu łódź rozpadła się w strzępy trafiona pociskiem artyleryjskim, tam inna tonęła podziurawiona kulami, obok jeszcze inna, na pozór cała, dryfowała z prądem, mając na pokładzie tylko martwych lub ciężko rannych, a jeszcze dalej inna powoli posuwała się do przodu, gdyż wiosłowała ledwie część w niej przebywających. Reszta jednak płynęła nadal normalnym tempem, a przez lornetki wyraźnie było widać skulonych wściekle wiosłujących czym się dało żołnierzy.

Łodzie szorując dnami po piasku, dotarły do brzegu i spadochroniarze wyskoczyli. Nie zatrzymując się ruszyli biegiem przez otwarte pole. Z dachu stacji wyglądali jak ciemne plamki - tu i ówdzie któraś znieruchomiała, ale większość szła naprzód aż zniknęła obserwującym z pola widzenia. Spadochroniarze nie zdążyli zniknąć z pola widzenia gdy saperzy zepchnęli trzynaście ocalałych łodzi z powrotem, ale Niemcy w znacznej mierze stracili nimi zainteresowanie, toteż przy następnych kursach straty były znacznie mniejsze, a łodzie pływały tak długo jak długo zdołały utrzymać się na wodzie.

Spadochroniarze majora Cooka poczuli ulgę - nic gorszego od piekła, przez które właśnie przeszli, nie byli w stanie sobie wyobrazić. Widzieli rozstrzeliwanych i rozrywanych towarzyszy tuż obok i nic na to nie mogli poradzić. Teraz ogarnięci ślepą furią, nie zważając na straty szli nie znając litości. Wciągu trzydziestu minut nadbrzeżna równina, droga na nasypie i pobliskie domy zostały zdobyte i oczyszczone z obrońców, których wiek wachał się od 15 do 60 lat.

Sporządzono na podstawie książki pt. "Za wszelką cenę" autor Bryan Perrett wydawnictwo ARS BELLI